Jesteście wielcy! Mam już ponad 3100 wyświetleń i to dzięki Wam. Chciałam serdecznie podziękować za to, że śledzicie moje wpisy i komentujecie, co daje mi motywację do dalszej pracy :)
Przepraszam Was jeszcze raz za ogromną przerwę między II a III rozdziałem. Będę starać się, w miarę możliwości dodawać kolejne rozdziały w mniejszych odstępach czasowych.
UWAGA: popsuła mi się myszka więc przez najbliższy tydzień nie spodziewajcie się nowego wpisu :(
Kocham Was!! ;*
piątek, 28 lutego 2014
wtorek, 25 lutego 2014
Rozdział III
Przepraszam!!! Wiem, możecie mnie znienawidzić! Nie pisałam od ponad miesiąca? chyba tak. Strasznie ubolewam nad tym, że nie mogliście czytać tego co próbowałam napisać... Wiele prób opublikowania tego rozdziału zakończyło się fiaskiem. Najpierw nie miałam Internetu, później popsuł mi się komputer, a kiedy już miałam jak pisać nie miałam weny! Mam wyrzuty sumienia. Ale teraz w końcu, po tylu dniach napisałam rozdział, który, mam nadzieję, zadowoli Was na tyle, abyście mi wybaczyli. Zapraszam do komentowania i dzielenia się ze mną swoimi skargami i opiniami na temat nowego rozdziału ;) Miłego czytania życzę.
III
Jego głowa
pękała od myśli. Nie wiedział czy to, co właśnie zobaczył jest prawdą czy to
może tylko kolejny zły sen... Siedział na rozkopanym łóżku w swoim dormitorium.
Za oknem jasno świecił Księżyc. Z jego gładkiego czoła spływała strużka potu.
Thomas powoli wstał z łóżka i wszedł do Pokoju Wspólnego. W kamiennym kominku tlił się nikły już płomień jaskrawoczerwonego
ognia. Usiadł za obitym aksamitem szmaragdowym fotelu. Był sam. Położył mokre
plecy na oparciu. Nie chciał zasypiać. Obawiał się, że ponownie to ujrzy. Po
kilku minutach zmęczenie zaczęło brać górę. Jego blade powieki przymykały się,
zasłaniając szare oczy. Przez chwilę był spokojny. Jednak gdy zaczął zasypiać
znów to ujrzał. W jego głowie zahuczało i usłyszał ten przenikliwy głos, który
nękał go teraz co noc.
-Witaj… -
szepnął, a głowa młodzieńca niemalże wybuchła.
Chciał
krzyczeć, ale ostatnią cząstka trzeźwo myślącego umysłu stwierdził, że
pobudziłby wszystkich, a wyjaśnienia okazałyby się bezcelowe. Wstał, próbując
jakoś się otrząsnąć, jednak ból nie ustępował.
- Widzę
cię… - powtórzył głos, a Thomas bezwładnie opadł na fotel.
***
Phyllis
właśnie kończyła jeść zimną już owsiankę kiedy kilka dziewczyn z jej domu
przechodziło obok i bardzo zawzięcie o czymś rozmawiało. Dziewczyna wytężyła
słuch. Udało jej się pochwycić strzępki rozmowy.
- Znaleźli
go nieprzytomnego…
- Mówią, że
nie żyje…
- Nie gadaj
bzdur… Pewnie zemdlał…
Dziewczyna
zastanawiała się o kim mogą plotkować koleżanki. Z nieznanego jej powodu
pomyślała o Thomasie. Poczuła lekki niepokój. Nie widziała go od czasu
spotkania w pociągu. A przecież minął już tydzień. Pierwsze noce dziewczyny
były nie przespane, bo myślała tylko o przystojnym i tajemniczym młodzieńcu.
Czas na
przemyślenia powoli dobiegał końca, bo właśnie wybiło południe i wedle planu za
dziesięć minut miała transmutację z profesor McGonagall. Lubiła ten przedmiot.
Jako jeden z niewielu. Od kiedy McGonagall została dyrektorem Hogwartu zajęcia
te odbywały się rzadziej, czego dziewczyna bardzo żałowała. Odeszła od stołu i wyszła powoli z Wielkiej
Sali. Szła przez niemalże pusty korytarz. Gdzie
są wszyscy? – pomyślała. Doszła do sali, w której zwykle odbywały się
lekcje. Powoli otworzyła drzwi. W klasie siedziało już paru uczniów. Dziś
zajęcia miały odbyć się ze Slytherinem. Usiadła w drugiej ławce, tam gdzie
zwykle. Siedziała sama. Nie lubiła towarzystwa Krukonów. Wydawali się jej zbyt
zarozumiali i wszechwiedzący. Fakt, że Ravenclaw cenił sobie inteligencję i umiejętność
logicznego myślenia, ale bez przesad.
Pierwsze
pięć minut Phyllis spędziła na patrzeniu w okno. Drobne szkiełka składające się
na niewielki witraż mieniły się od stłumionych przez chmury promieni słońca.
Lato wkrótce dobiegnie końca... Niegdyś zielone liście opadną ciężko, układając
się w kolorowy dywan. Błękitne dotychczas niebo przesłonią ciemne chmury, a na
ziemię spadną krople zimnego deszczu. Dziewczyna nie przepadała za jesienią.
Sama nie wiedziała dlaczego. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia pięć po
dwunastej. - Coś jest nie tak, przecież McGonagall nigdy się nie spóźnia, a
jeśli już, to przysyła kogoś na zastępstwo... -pomyślała Phyls. Bez
zastanowienia wstała z ławki, nie zważając na pełne pogardy szepty rówieśników.
Weszła na korytarz. Echo jakie roznosiło się po wnętrzu z każdym jej szybkim
krokiem było niemalże nie do zniesienia. Nie lubiła chodzić po pustych zamkach.
Przerażało ją to. Równie bardzo nie lubiła Filcha, a bardzo prawdopodobne było,
że za każdym zakrętem może się pojawić razem z tą swoją nieznośną kotką – Panią
Norris.
Weszła po
schodach na drugie piętro. Chciała sprawdzić, czy pani profesor jest u siebie.
Jednak po kilku zakrętach usłyszała pospieszne kroki i nieco spanikowany głos.
- Ależ pani profesor... Zapewniam
panią, że...
- Wiem Poppy, przed godziną
jeszcze tam był. Mówiłaś to już trzy razy – to McGonagall.
- Naprawdę, nie wiem, jakim cudem
stamtąd zniknął. - w głosie pani Pomfrey dało się wyczuć rozpacz. Jakby zaraz
miała się rozpłakać.
- Poppy już dobrze, uspokój się.
- powiedziała spokojnie dyrektorka. - Znajdziemy go. Nie uciekł daleko, wiesz
przecież, że na terenie Hogwartu nie można się teleportować.
- Może powinnyśmy zawiadomić pana
Aidana? On jeden zna chłopca najlepiej. Wychował go, czyż nie?
- Oczywiście, jak najbardziej.
Zlecam ci to zadanie Poppy. Pan Eddril musi się szybko znaleźć, inaczej, ludzie
zaczną podejrzewać najgorsze rzeczy. - powiedziała nieco zniżonym tonem
profesor McGonagall i Phyllis znów usłyszała zamaszyste kroki kobiety
zmierzające w jej stronę.
Dziewczyna
ruszyła w drogę powrotną z obawą, że nauczycielka ją dogoni. Miała nadzieję, że
tak się nie stanie. Mylną. Obie dosłownie na siebie wpadły. Dyrektorka wydała z
siebie ciche jęknięcie, a Phyllis zrobiła tak przestraszoną minę, jakiej nigdy
nie zagościła na jej bladej twarzy. Okulary McGonagall lekko się przekrzywiły.
Kobieta odchrząknęła i surowym wzrokiem spojrzała na młodą dziewczynę
- Panno Rosiere, dlaczego nie
jest pani w klasie?
- Widzi pani... Wyszłam, bo
wszyscy niepokoili się, że nie będzie dziś lekcji. Nikomu jednak nie przyszło
na myśl poszukać pani. Ja się zgłosiłam, bo wolę to od siedzenia w klasie i
słuchania paplaniny głupich... - dziewczyna nagle przestała mówić. Chyba
zauważyła, że pora przestać mówić na swoje „koleżanki” złe słowa.
- Rozumiem... a teraz, panno
Rosiere, proszę mi wybaczyć, ale muszę panią tu zostawić. Byłabym wdzięczna
gdybyś przekazała klasie, że lekcji dziś nie będzie. I jutro najprawdopodobniej
też nie.
- Ale pani profesor...
- Ćsii... Powód, dla którego
odwołuję zajęcia nie powinien cię interesować – powiedziała McGonagall i
obróciła się na pięcie gotowa wznowić swój szybki krok i ruszyć do gabinetu.
- Wiem, że chodzi o Thomasa –
szepnęła Phyls. Nauczycielka gwałtownie się zatrzymała.
- Dziecko... Nikomu ani słowa o
tym, że zniknął, jasne? Nie wiemy co się dzieje... - przyznała profesor z
posępną miną. - staramy się nie wzbudzać paniki.
- Nic nie powiem. - obiecała
dziewczyna. - Nie mam nawet komu... - przyznała po cichu. - Jeśli mogę zapytać,
to kiedy zniknął?
- Szczerze to nie wiadomo. Pani
Pomfrey mówi, że jeszcze godzinę temu spał w łóżku kompletnie wyczerpany. A
teraz go nie ma.
- Nie znam go dobrze, prawie
wcale. Ale po pierwszym naszym spotkaniu wydał mi się osobą uczciwą. I dobrą.
Nie wydaje mi się, żeby zrobił coś złego.
- Również nie bardzo znam tego
chłopca. Jest w Slyherinie, więc koniecznością będzie porozmawiać z Horacym. -
powiedziała kobieta i spojrzała wymownie na Phyllis. - Jeżeli uzyskam jakieś
informację, szepnę ci coś na ten temat. Widzę, że ci na nim zależy. - i
odeszła.
Dziewczyna
stała chwilę w miejscu. Czy naprawdę jej na nim zależy? Może i tak. Ale nie
do określenia wydaje się to po zaledwie
jednym spotkaniu. Jednak bardzo przejęła się losem chłopaka. Była wdzięczna profesor
McGonagall za to, że udzieliła jej nieco informacji. Usłyszała czyjeś kroki. -
Chodźmy Pani Norris. Na pewno jakiś bachor się tu znajdzie. - to Filch.
Ruszyła
szybkim krokiem. Ale jej pantofle wydawały nad wyraz głośne dźwięki. Zaraz, przecież jest metamorfomagiem, no
jasne. W mgnieniu oka jej hałasujące nogi zmieniły się w kocie łapy, stąpające,
mimo szybkiego kroku ciszej niżby się wydawało. Skręciła i zeszła po schodach.
Przed samą klasą zmieniła swe nogi z powrotem w ludzkie. Otworzyła wrota w samą
porę, bo zza szarej ściany wyłoniła się brzydka głowa woźnego i jego kotki.
-Nie ma dziś lekcji. - krzyknęła dziewczyna, starając się
aby jej głos był głośniejszy niż szum w klasie. - Jutro też nie! - Nagle
wszyscy zamilkli i spojrzeli na Krukonkę.
-Dlaczego? - zapytała Susan, dziewczyna ze Slytherinu.
-Nie wiem, nie powiedziano mi. Widziałam się właśnie z
profesor McGonagall i oznajmiła, że nie mamy lekcji. Możecie sobie iść.
Stado
nastolatków zaczęło hałaśliwie wylewać się z komnaty. Phyllis spokojnie
spakowała swoje rzeczy i ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego Kurkonów. Szła
dosłownie chwilę. Stanęła przed dużymi, drewnianymi drzwiami bez klamki, z
kołatką w kształcie orła. Czekała na zagadkę.
Miejsce,
które powstało lata temu
Przeznaczone dla człowieka, który nie
sprzeciwił się złemu
Wcześniej zamknięte lecz teraz stoi
otworem
Wnętrze tego skrywa coś, co niegdyś
było potworem.
Powiedzieć można, że drzwi nie da
się ruszyć
Lecz bardzo niewielu jest w stanie
nie zaklęciem, lecz mową zamek skruszyć.
To czego szukasz teraz się tam
znajduje,
Pomyśl więc, nic cię nie zatrzymuje.
Głos zamilkł. Teraz pozostawił Phyllis czas do namysłu. –
Wyjątkowo długa i trudna ta zagadka… - pomyślała dziewczyna. – Skrywa coś, co
było potworem… Co było potworem? Dziewczyno myśl! Człowiek, który nie
sprzeciwił się złemu… - usiadła nieco zrezygnowana przy drzwiach i zwiesiła
głowę. Żadne rozwiązanie nie nasuwało jej się na myśl, kiedy przeanalizowała w
myślach całą zagadkę jeszcze raz. – Bardzo niewielu jest w stanie nie zaklęciem, lecz mową zamek skruszyć, no oczywiście! Chodzi tu o mowę węży! Miejsce,
stworzone przez Salazara Slytherina, który nie był do końca dobry, niegdyś
otworzył je Voldemort! Komnata Tajemnic, to jasne! – na twarzy dziewczyny
zagościł dumny uśmiech. – Ale zaraz – mówi do siebie – to czego szukasz teraz się tam znajduje… O Boże. – jej smukłym
ciałem wstrząsnął chłodny dreszcz.
Bez słowa
wbiegła do dormitorium, rzuciła torbę na swoje łóżko i wybiegła na pusty
korytarz. Ruszyła prosto do łazienki dziewcząt. Kiedy już się tam znalazła,
zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia jak wejść do Komnaty. Nawet nie miała
pojęcia skąd wiedziała, że wejście jest akurat tu.
- Marto.. –szepnęła
cicho – Marto, jesteś tutaj? – zapytała nieco głośniej.
- Ipphyk
hypip – dobiegło do jej uszu – Czego szukasz, dziewczyno? – spytał głos zza
drzwi kabiny.
-
Chciałabym zadać ci pytanie. Ale… czy mogłabyś wyjść z kabiny? Nie lubię mówić
do kogoś kogo nie widzę.
- Och,
pewnie – powiedziała lekko pretensjonalnym głosem i przeniknęła drzwiczki. –
Spełniłam twój warunek. Teraz, jeśli mam ci odpowiedzieć na pytanie, powiedz
jak masz na imię, bo nie lubię rozmawiać z osobami, których imienia nie znam – przedrzeźniała
ją Marta.
- Nazywam
się Phyllis .
- A więc
pytaj.
Phyls
podeszła trochę bliżej do Marty. Usiadła na zimnej podłodze. Spojrzała za ducha
dziewczyny w okularach. Wydała jej się bliska. Sama Phyllis zachowywała się tak
jak ona. Tyle, że we własnym wnętrzu. W środku była słaba, zrozpaczona… Jedyne
co nie łączyło jej z duchem to to, że nie była martwa.
-
Chciałabym wiedzieć jak otworzyć Komnatę Tajemnic.
Na te słowa
Marta wybuchła przeraźliwym płaczem. Chociaż łzy nie ciekły po jej policzkach,
a oczy nie robiły się czerwone i zapuchnięte, Phyls dobrze wiedziała, że
wspomnienie Komnaty wzbudza rozpacz w martwej dziewczynie.
- Nie będę
pytała dlaczego płaczesz. Chce tylko wiedzieć czy wiesz.
- Wiem –
Marta pociągnęła nosem – jeśli chcesz, mogę opowiedzieć ci moja smutną historię
– powiedziała bardziej przyjaźnie.
- Chętnie,
ale nie dziś. Dość się spieszę. Proszę powiedz mi jak ja otworzyć. – w głosie
Phyllis słychać było desperacje.
-Wejście do
tego, czego szukasz jest przy zlewie. Jednak, jak zakładam, nie znasz mowy węży…
Krukonka
dopiero teraz uświadomiła sobie, że zapomniała o najważniejszym szczególe
zagadki. Mowa. Nie zaklęcie.
- Ale –
dodała Marta, chyba widząc zmartwioną minę dziewczyny – odkąd tu jestem
otwierano ją cztery razy. Mogę ci pomóc.
- Dziękuję.
Naprawdę, to wiele dla mnie znaczy.
Marta posunęła do umywalki. Spoglądała na nią
przez chwile, jakby próbowała sobie przypomnieć co powiedzieć, by wejście się
ukazało. W końcu uchyliła usta, a z nich wydobył się ledwie słyszalny syk.
-
Saasyyszesaasy szeasess.
Umywalka
powoli zaczęła cofać się w podłogę, ukazując ciemną otchłań. Zawiało z niej
zimnym, wilgotnym powietrzem z słabo wyczuwalną wonią zgnilizny. Phyllis
wolnym, niezdecydowanym krokiem ruszyła w stronę dziury. Ujrzała tam strome
schody prowadzące w dół. Delikatnie postawiła swą niewielka stopę na jednym ze
stopni.
- Uważaj na
siebie. – usłyszała za sobą piskliwy głos Marty i uważnie patrząc na każdy krok
sunęła w głąb ciemności.
Wyciągnęła
różdżkę z szaty i powiedziała Lumos. Na
jej końcu pojawił się jasny, bladobłękitny blask, który oświetlił jej drogę. Teraz
zobaczyła, że to, po czym stąpa to nie zwykłe schody. Były zrobione ze
szkieletów nie tylko zwierzęcych, ale i ludzkich. Przerażenie jakie ją napawało
narastało z każdym krokiem w głąb ciemności. Kiedy zeszła już ze schodów czekał
ją niezbyt przyjemny zapach. A mianowicie smród rozkładającego się mięsa. Wolała
nie myśleć skąd się tu wzięło. Szła niezbyt pewnym krokiem w stronę ogromnych
okrągłych wrót , znajdujących się na końcu korytarza. Stanęła przed nimi i
przez chwile przyglądała się ich niezwykle misternemu wykonaniu. W kole, na
którym napisane było coś niezrozumiałego przeplatały się między sobą dwa
ogromne węże. Wyglądały bardzo prawdziwie. Drzwi wydawały się zrobione ze
stali, ale duża wilgoć i brak światła sprawiły, że nabrały ciemnozielonej
barwy pleśni. Momentalnie przypomniała sobie syki Marty i powtórzyła je
uważając, aby były jak najbardziej podobne. I wtedy usłyszała huk. Wrota zaczęły
się otwierać. Ciężkie skrzydło odchyliło się z trudem od ściany i oczom
dziewczyny ukazała się Komnata Tajemnic w pełnej okazałości.
Na środku
leżał ogromny szkielet potwora. Wnętrze
tego skrywa coś, co niegdyś było potworem, no jasne, przecież nie żyje –
pomyślała Phyllis. Szła w stronę szkieletu, za którym widniał wielki pomnik
samej głowy mężczyzny z obszerną brodą i otwartymi ustami. Salazar Slytherin. Mijała
wysokie kolumny oplecione licznymi wężami. Cała komnata oświetlona była
wieloma pochodniami, które nadawały pomieszczeniu tajemniczy wygląd. Na
zielonkawych płytach unosiła się nieznaczna ilość wody. W mgnieniu oka trzewiki
Phyls przesiąkły, ale nie zważała na to. Komnata wywarła na niej wrażenie. Rozglądała
się z zachwytem, zupełnie zapominając po co naprawdę tu przybyła. Przypomniała
sobie dopiero wtedy, gdy zbliżyła się do pomnika. Tuz przy ustach Slytherina
leżał młody chłopak. Był cały mokry i nieprzytomny. I na pewno był osobą,
której szukała Phyllis. Na zimnej podłodze leżał Thomas Eddril.
wtorek, 4 lutego 2014
Kocham Was!
Jesteście wielcy!!
Dzięki Wam mam już ponad 2000 wyświetleń! Mnóstwo osób musiało to czytac. Ten fakt nadal mnie zadziwia.
Chciałam przeprosic, że od długiego czasu nie publikuję rozdziałów... Ale mam szkołę, a ostatnio było urwanie głowy. Mam nadzieję, że teraz będzie lżej i w najbliższy m czasie ujrzycie trzeci rozdział. jeszcze raz - kocham Was za to, że ze mną jesteście <3
Dzięki Wam mam już ponad 2000 wyświetleń! Mnóstwo osób musiało to czytac. Ten fakt nadal mnie zadziwia.
Chciałam przeprosic, że od długiego czasu nie publikuję rozdziałów... Ale mam szkołę, a ostatnio było urwanie głowy. Mam nadzieję, że teraz będzie lżej i w najbliższy m czasie ujrzycie trzeci rozdział. jeszcze raz - kocham Was za to, że ze mną jesteście <3
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Dziękuję! ;3
Kochani, chciałam Wam serdecznie podziękować, że jesteście ze mną i śledzicie moje wpisy. Mam już ponad 1200 wyświetleń i to tylko i wyłącznie dzięki Wam!
Ponadto Wasze komentarze bardzo mnie motywują i dają poczucie, że jednak nie pisze tak źle jak mi sie dotąd wydawało. Kocham Was! <3
Dziękuję!!
Ponadto Wasze komentarze bardzo mnie motywują i dają poczucie, że jednak nie pisze tak źle jak mi sie dotąd wydawało. Kocham Was! <3
Dziękuję!!
sobota, 25 stycznia 2014
Rozdział II
W końcu zebrałam się i napisałam. Ech, szkoła trochę ogranicza :/ Mam nadzieję, że się spodoba. Rozdział wedle życzeń Was wszystkich o wieeele dłuższy ;) Życzę miłego czytania i liczę na komentarze z opiniami :)
II
Przenikliwe szare oczy wpatrywały się w okno, po
którym leniwie spływały krople wieczornego deszczu. Ciemnobrązowy, niemal
czarny kosmyk wkradł się na gładkie czoło młodzieńca. Ten jednak, jakby tego
nie zauważył. Stał na wprost tafli szkła. Za jego plecami tlił się ogień w
dużym, pięknie zdobionym kominku. Jedynie to dawało światło. Reszta pomieszczenia
tonęła w ciemnościach. Chłopak nieco zbliżył się do okna, jakby coś tam
zobaczył. Po chwili, do jego uszu dobiegł ciepły, przepełniony troską głos.
- Paniczu, walizka już spakowana. Radziłbym położyć się dziś wcześniej, aby jutro zdarzyć idealnie w porę. Bo wie panicz… Jak się spóźnimy…
- Paniczu, walizka już spakowana. Radziłbym położyć się dziś wcześniej, aby jutro zdarzyć idealnie w porę. Bo wie panicz… Jak się spóźnimy…
- Wiem, co
wtedy, Aidanie. Za chwilę się położę. – spojrzał jeszcze raz za okno, po czym udał
się za mężczyzną imieniem Aidan. Był to lokaj, który od zawsze sprawował opiekę
nad chłopakiem. Jego brązowe oczy były wąskie, otoczone kilkoma zmarszczkami,
usta zawsze ściągnięte i suche, dosyć często układały się w serdeczny uśmiech
zazwyczaj kierowany do chłopaka. Głowa lekko pokryta siwymi włosami połyskiwała
przy świetle złotych lamp. Jedwabna kamizelka podkreślała jego okrągły brzuch,
nieco grube ręce, a spodnie zaprasowane w kancik ukazywały nad wyraz zgrabne
nogi. Srebrny zegarek uczepiony kieszonki kamizelki wskazywał trzy minuty po
północy.
Szli jasno
oświetlonymi korytarzami. Przy schodach Aidan zatrzymał się.
- Dobranoc,
paniczu.
- Dobranoc.
Chłopak
wszedł na górę, gdzie mieścił się jego zawsze zadbany pokój. Leniwie położył się
do łóżka. Zasnął szybko. Miał spokojny sen.
***
Dziewczyna
stała przed ścianą oddzielającą perony 9. i 10. na dworcu King’s Cross. Była
sama, nie miała przy sobie nawet zwierzątka, jak inni uczniowie Hogwartu. Jej matka
twierdziła, że są to zbędne do życia „rzeczy”. Wzięła lekki rozbieg i wjechała wózkiem
w ścianę. Mogłoby się wydawać, że upadnie na ziemię, rozbije sobie głowę, a
wózek się roztrzaska. Ona jednak przeniknęła przez ceglaną barierę gładko,
zupełnie, jakby jej tam nie było.
Jej oczy
patrzyły teraz na dosyć dużą tabliczkę z napisem : Peron 9¾. W zasięgu wzroku wisiał wielki zegar. Za pięć jedenasta. Złapała
swój wózek i ruszyła w stronę czerwonego pociągu. Express Hogwart. Lubiła to
uczucie. Uczucie szczęścia i ulgi, gdy przekraczała próg maszyny.
W środku,
jak zawsze na chwilę przed odjazdem, panowało lekkie zamieszanie. Wszystkie
dzieciaki biegały od przedziału do przedziału, krzyczały, a pierwszoroczni
błądzili wśród nieznanych im osób z minami, co najmniej, przerażonymi. Cicho się
zaśmiała, widząc małego chłopca, próbującego wciągnąć do pociągu swoją walizkę,
która była od niego niemalże dwa razy większa. Wyciągnęła różdżkę, szepnęła Mobilarbus, a walizka chłopca znalazła
się tuż przed jego nosem. Z twarzą pełną zdumienia i podziwu wdrapał się do
pociągu. Spojrzał na dziewczynę. Akurat chowała różdżkę. Uśmiechnęła się do
niego, i mówiąc „Nie ma za co” ruszyła w tylną część maszyny. Tam otworzyła
pusty przedział, ustawiła walizkę i rozsiadła się na siedzeniach. Nie były zbyt
wygodne. Ale i tak cieszyła się, że wyrwała się z domu na kolejne cztery
miesiące. Usłyszała świst. Ruszamy – pomyślała. I dobrze.
Gdy dworzec
zniknął z jej pola widzenia ujrzała ten sam, zawsze zachwycający ją krajobraz.
Mnóstwo zielonych drzew rozrastało się po licznych wzgórzach. Błękitne niebo
gdzieniegdzie tylko przesłonięte bladymi chmurami promieniało od złotego
słońca. Para z komina pociągu delikatnie nachodziła na szybę. Dziewczyna
zaczęła myśleć o tym, że za rok nie będzie mogła już podziwiać tego widoku. Skończy
szkołę. Pójdzie do pracy, zapewne tej, którą wybierze jej matka. I zacznie
nudne życie, pełne dni, w których nic się nie zmienia. Z zamyślenia wyrwało ją
pukanie w szybkę drzwi.
- Proszę –
mruknęła.
Drzwi
przesunęły się i do przedziału wszedł bardzo przystojny młody chłopak. Miał
gęste, lekko kręcone ciemnobrązowe włosy, szare oczy, pełne usta i bladą cerę.
Policzki były nieco zapadnięte, ale nadawały mu uroku. Miał na sobie ciemne
spodnie i białą koszulę. Wyglądał bardzo elegancko. W jej stylu, jak
najbardziej.
- Mogę się przysiąść? – zapytał po
dłuższej chwili milczenia.
-
A tak, pewnie, oczywiście.
Chłopak
usiadł naprzeciwko Krukonki. Przez chwilę, która dłużyła się im obojgu patrzyli
na siebie. W końcu dziewczyna się odezwała.
- Nigdy nie
widziałam cię w naszym Pokoju Wspólnym…
- Bo ja nie
jestem z twojego domu – uśmiechnął się słabo. – Jestem ze Slytherinu.
Dziewczyna
poczuła ukłucie w żołądku. Czuła do Ślizgonów odrazę. To zapewne przez jej
matkę. I przez Lorda Voldemorta, który trzy lata temu zabił tak wiele osób. Podejrzewała
go także o śmierć ojca. Kiedy tylko usłyszała nazwę Domu Węża wzbudzała się w
niej nienawiść. Ale z tym chłopakiem było inaczej. Nie czuła złości, ale
rozczarowanie. I ciekawość.
- Jestem
Thomas Eddril. – wyrwał ją z przemyśleń.
- Phyllis Cassidy
Aspen Rosiere, miło mi poznać. – wyciągnęła dłoń w jego stronę, a on ujął ją
tak delikatnie, jakby bał się, że za chwilę rozsypie się w jego uścisku.
- Z tych
Rosiere’ów? – zapytał. Przytaknęła.
Nie lubiła poruszać
tematu rodziny. Wolałaby porozmawiać o szkole, przyjaciołach, których nawiasem
mówiąc nie miała, o zainteresowaniach. Wszystko
byleby nie rodzina.
- Zdaje mi
się, czy nie masz ochoty o tym mówić? – powiedział Thomas, jakby czytając jej w
myślach.
- Tak,
wiesz moja rodzina nie jest jakaś znakomita. Prawdę mówiąc, mam tylko matkę.
- Doceń to.
– rzekł krótko i odwrócił wzrok.
Nastała
niezręczna chwila ciszy, którą każde z nich obawiało się przerwać. Phyllis
również spojrzała przez okno. Nie wiedziała jak zacząć rozmowę. Chciała jakoś nawiązać
kontakt z tym chłopakiem. Nie dlatego, że był przystojny. No, może tez i
dlatego. Ale przede wszystkim, był takim samym wyrzutkiem jak ona.
-
Wychowywałeś się bez rodziców, prawda? – spytała w końcu, delikatnym tonem.
- Tak. –odparł.
- Sierociniec?
- Nie.
Wychowywał mnie lokaj. Chociaż – zastanowił się – nie pamiętam, kiedy ostatnio nazwałem
go „lokajem”. Jest dla mnie jak ojciec,
który zostawił mnie i matkę.
- Co się stało
z twoją matką? – zapytała dziewczyna wyraźnie zaciekawiona smutną opowieścią.
- Podobno
ojciec ją zabił – zwiesił głowę. – Aidan opowiedział mi o tym, kiedy uznał, że
zrozumiem. Aidan to lokaj – sprostował, widząc wyraz niezrozumienia na twarzy Phyllis.
- To
naprawdę straszne, ja… nie wiem co..
- Nic nie
mów. – przerwał jej. – Może porozmawiamy o czymś mniej tragicznym, hmm?
- Pewnie –
powiedziała weselszym tonem. – Na którym jesteś roku?
- Na
szóstym. Trochę żałuję, że niedługo to wszystko się skończy. Całkiem
sympatyczna ta szkoła.
- Ja
chciałabym tu zostać na zawsze. – powiedziała i w tej samej chwili w jej oczach
pojawił się błysk. Thomas to zauważył.
- Co? –zapytał,
jakby wiedząc, że za chwilę padnie jakieś trudne bądź ważne pytanie.
- Brałeś
udział w II Bitwie o Hogwart?
- Nie…
Chciałem, ale Aidan mi nie pozwolił. Teraz tak na to patrząc, jestem mu
wdzięczny, że mnie nie puścił. Bał się o mnie. A ja miałem wtedy zaledwie 13
lat. Byłem za młody. Gdyby teraz to się zaczęło, oczywiście wziąłbym udział. Pewnie
byłbym zerem w oczach wszystkich Ślizgonów. Ale przecież to tylko koledzy z
Domu. Jeśli można tak nazwać tę bandę zakłamanych bachorów, nie mających
swojego zdania. Dzieci popleczników Voldemorta…
Phyllis Cassidy
Aspen Rosiere spojrzała na niego z podziwem. Jeszcze nigdy nie rozmawiała ze
Ślizgonem, który mówiłby t a k i e rzeczy na temat „swoich”. Za to, co właśnie
powiedział, zarobił u niej milion punktów.
- Też go
nie znoszę. Nie znosiłam – poprawiła się, choć nie wiedziała czy słusznie. –
Myślisz, że Harry Potter zniszczył go na zawsze? Że już nie wróci?
- Ostatnio
się nad tym zastanawiam… Dosyć często. – powiedział, bardziej do siebie.
Za oknem
zaczęło się ściemniać. Bladofioletowa poświata zachodzącego słońca rzucała miłe
dla oczu cienie na wysokie drzewa. Niebo zaczęła przykrywać granatowa płachta, pojawiły się pierwsze gwiazdy. Chmury
rozeszły się, a słońce w końcu zniknęło za horyzontem. Na jego miejsce wzeszedł
ogromny, świecący srebrnym blaskiem księżyc. Dziewczyna wstała i uchyliła
okienko w przedziale. Wysunęła głowę przez otwór, nabierając świeżego, chłodnego
powietrza w płuca. Znów mogła poczuć się wolna. Roześmiała się.
***
Thomas
uważał, że Phyllis ma bardzo ładny śmiech. Słuchał jak wydobywa się z jej
pięknych różowych ust. Jej brązowe włosy powiewały na wietrze, oplatając ją
niczym małe węże. Węże… Podziwiał ją za jej beztroskość. Znali się zaledwie
kilka godzin, ale po odbytej rozmowie wydawało mi się, że znał ją od dziecka. Czuł,
że byłaby dobrą przyjaciółką. Ale bał się odrzucenia, jak zawsze. Gdy każdy z
kim nawiązał bliski kontakt dowiadywał się o jego tajemnicy, natychmiast
uciekał. A on musiał na każdego z nich rzucać zaklęcie Obliviate. Nie lubił tego. Ale musiał. Inaczej nie mógłby żyć
normalnie. Ale z nią jest inaczej. Miał poczucie, że ona by go zrozumiała. Że
nawet byłaby zadowolona, że podzielił się z nią swym sekretem. Powie jej.
Jeszcze nie teraz. Musi się przekonać, czy przypadkiem się nie myli.
- Za chwilę
wysiadamy. Prosimy o założenie szat. Pierwszoroczni niech ustawią się przy głównym
wyjściu pociągu – przemówił jakiś głos.
Dziewczyna wróciła do przedziału. Próbowała
ciągnąc z półki walizkę, ale Thomas ją ubiegł. Wyjęła z niej szatę z godłem jej
domu – Ravenclawu. On sam wdział szatę z herbem Domu Węża. Z herbem domu,
którym gardził.
Usłyszeli pisk. Lekko nimi zarzuciło. Pociąg
stanął, a z zewnątrz dało się słyszeć głos gajowego, Hagrida : - Pirszoroczni,
proszę za mną. Oboje uśmiechnęli się na jego słowa.
Kiedy
wychodzili z pociągu musieli rozejść się do swoich domów. Thomas zatrzymał się
gwałtownie.
- Nadal nie
mam pojęcia jak się do ciebie zwracać. Masz trzy, bardzo ładne, wyrafinowane
imiona. Są jednak zbyt długie.
- Mów do
mnie jak chcesz. Naprawdę, nigdy nie zastanawiałam się nad zdrobnieniami. –
ledwo zauważalnie się zarumieniała. Ale on to widział.
- Dobranoc,
Phyls. Do zobaczenia w szkole. – powiedział Thomas i dołączył do grupy
Slytherinu.
Tej nocy
oboje nie zmrużyli oka. Myśleli o sobie. „Phyls – to takie ładne zdrobnienie”
myślała dziewczyna. Thomas zaś skarcił się, za wymyślenie tak prostego i
niegodnego wspaniałej dziewczyny imienia.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Rozdział I
To zaczynamy. Mam nadzieję, że moje opowiadania spodobają się Wam chociaż w niewielkim stopniu ;) Miłego czytania i... KOMENTUJCIE!
I
Jasne
promienie wschodzącego słońca oświetliły niewielki pokój. Światło
przedzierające się przez firanki ukazywało maleńkie drobinki kurzu unoszące się
w powietrzu. Na łóżku przy bogato zdobionej ścianie leżała dziewczyna. Spała.
Jej długie brązowe włosy falami układały się na wymiętej poduszce. Jedwabna
kołdra leżała na jasnej drewnianej podłodze, ukazując smukłą sylwetkę
dziewczyny. Na niewielkiej szafce obok łóżka stał budzik. Nie miał wskazówek.
Dziewczyna
przekręciła się na plecy. Powoli uchyliła powieki, zza których wyłoniły się
duże intensywnie zielone oczy. Zwlekła się z łóżka. Bardzo niechętnie. Pokierowała
swoje nogi do drzwi. Wyszła na korytarz. Pusto. Odetchnęła z ulgą. Wróciła do
pokoju i ubrała się w najzwyklejsze przetarte szorty, które wygrzebała z samego
dna komody. Matka nie pozwalała jej nosić takich, jak to powiedziała
„niestosownych szmat”. Z ręcznie zdobionego pudełka wyjęła parę brudnych
czarnych trampek. Po cichu wyślizgnęła się przez okno. Szczęście, że wierzba
była tak blisko. Inaczej byłaby uziemiona w domu przez całe wakacje.
Skoczyła na
idealnie skoszony trawnik. Wciągnęła poranne powietrze do płuc. Kochała tę
świeżość. Przeciągnęła palcami po mokrej trawie. Czuła się wolna. Wiedziała, że
nie potrwa to długo, bo matka zaraz wstanie. I znów będzie musiała wrócić do
nudnego życia, jakiego uczyła ja matka. Jednak ona nigdy nie przyjęła jej
zasad. Zawsze robiła jej na złość. Od czasu kiedy ojciec zmarł na ciężka
chorobę zaczęła się buntować. Przynajmniej mówiono jej, że był chory. Ona
podejrzewa nieco inne scenariusze.
Położyła
się. Zamknęła oczy i pozwoliła, aby pierwsze promienie ciepłego sierpniowego
słońca otuliły jej bladą twarz. Mogłaby leżeć tak wiecznie. Musiała jednak
uważać. W pewnym momencie jej uszy zaczęły się powiększać. Z ludzkich, stały
się czymś na kształt uszu nietoperza. Od razu usłyszała łapanie za klamkę.
Zerwała się i pobiegła w stronę wierzby. W mgnieniu oka wdrapała się na drzewo
i wskoczyła do pokoju. Chwyciła swoja różdżkę i krzyknęła : - Accio! – i wskazała na stojąca w kącie
skórzaną walizkę. Na jej biodrach spoczęła spódnica w barwach Ravenclawu, zamiast
nieco brudnego topu miała na sobie koszulę i krawat. Szybko stanęła przed
lustrem. I właśnie wtedy zapukała matka.
-Proszę –
powiedziała dziewczyna, spokojnym, nieco zziajanym głosem.
Kobieta,
która weszła do pokoju była dosyć wysoką, nieco wychudzoną kobietą o ostrych
rysach i zimnych szarych oczach. Pod zadartym, krótkim nosem znajdowały się
blade usta ułożone w szyderczy
uśmieszek. Jakby z pogarda spojrzała na córkę.
- Co ty
robisz? – zapytała podejrzliwym, chrypliwym głosem.
-
Przymierzam swój zeszłoroczny mundurek. – odpowiedziała dziewczyna. Miała
nadzieję, że matka niczego się nie domyśli. – Ostatnio wydawało mi się, że może
być za mały. Trochę mi się urosło od ostatniego roku. – uśmiechnęła się
nieznacznie.
- Nie wygaduj bzdur. Wyglądasz dobrze – spojrzała na nią –
choć nie ukrywam, że wolałabym cię widzieć w barwach Slytherinu.
Kobieta
przerejestrowała spokojnie minę córki. Ta jednak się nie ugięła.
- Matko,
wiesz przecież, że Domu się nie wybiera.
Rodziny też nie… - dodała nieco ciszej.
- Dobrze.
Przebierz się w sukienkę i zejdź na dół. Sillena przygotowała śniadanie.
-
Oczywiście matko, już schodzę.
Skierowała swój krok do szafy gdzie wisiały wyprasowane
schludne i kosztowne suknie. Wybrała najprostszą. Szarą, za kolana z rękawkami
do łokci, podkreślającą jej figurę.
- A, i
jeszcze jedno – powiedziała matka, wychodząc. – Uczesz porządnie włosy, bo masz
okropnego kołtuna przy lewym uchu.
Dziewczyna
zdała sobie sprawę, że nie schowała do końca uszu nietoperza. Gdy zamknęły się
drzwi podbiegła do lustra. – Że też tego
nie zauważyłam! – skarciła się w myślach. Jej lewe ucho cofnęło się, znów
będąc normalnym, ludzkim. Ubrała sukienkę, założyła lekkie trzewiki i zeszła na
dół. Miała nadzieję, że matka niczego się nie domyśliła. Od lat to przed nią
ukrywała. To pierwsza taka wpadka. Wie jakie ma zdanie na ich temat. Nie
chciała doszczętnie strącić szacunku własnej matki. Dlatego postanowiła : matka
nigdy nie dowie się, że jej córka jest metamorfomagiem.
Jeśli coś Wam nie pasuje, piszcie. Z góry przepraszam za długość. Następne będą dłuższe. :)
Z dedykacją dla mej Sioostry Niki <3 Koocham ;*
Z dedykacją dla mej Sioostry Niki <3 Koocham ;*
czwartek, 16 stycznia 2014
Witam!
Na początku wypadałoby się przedstawić... Mam na imię Gabriela ( nie znoszę tego imienia ) i niebawem skończę 14 lat... Eh, trochę dużo.
Swoja przygodę z pisaniem zaczęłam wiele lat temu, lecz robiłam to tylko dla siebie. Od półtora roku dzielę się swoją pracą z innymi.
Moja największa pasją są książki. Lubie wszystkie gatunki, zaczynając na horrorze, a kończąc na romansie. Jednak największą radość sprawia mi czytanie fantastyki <3 Czytałam w życiu wiele książek. Niektóre były znakomite, inne mniej dobre. Ale żadna nie zniknęła z mojej głowy. Specjalne miejsce w moim sercu zajmuje troje wspaniałych autorów, którzy stworzyli coś pięknego; którzy nauczyli mnie wielu rzeczy; którzy sprawili, że wykształciłam swą wyobraźnie... Kocham ich.
*J. K. Rowling - "Harry Potter i..."
*J. R. R Tolkien - "Hobbit, czyli tam i z powrotem" oraz "Władca Pierścieni..."
*Rick Riordan - "Percy Jackson i bogowie olimpijscy..."
Ten blog będzie jednak w pełni poświęcony światu Harry'ego Pottera, światu, w którym wszystko jest możliwe.
Odwołując się do treści książki i bohaterów. Wiele osób pyta mnie kto jest moim ulubionym bohaterem. Harry? Ron? Hermiona, Draco, Luna? A może Neville? Cóż, nigdy nie jestem w stanie odpowiedzieć... Nie mam serca faworyzować bohaterów, bo jest mi przykro, że inni są przeze mnie w jakiś sposób odrzucani. Są za to bohaterowie, których nie lubię. Jak np. Dolores Umbridge, różowa landryna :) albo James Potter, "złośliwy, arogancki..." Ale to tylko moje zdanie.
Każdą śmierć bohatera przezywam godzinnym (lub dłuższym) płaczem. Zżywam się z postacią już po pierwszych kilku zdaniach z nią związanych.
Wracając do bloga, chciałam powiedzieć, że jeśli coś nie będzie Wam pasowało, np. długość tekstu, sama treść... Piszcie. jestem otwarta na propozycje i uwagi. Hejterzy mnie nie obchodzą.
Myślę, że na razie to wszystko :) Życzę miłego czytania... Postaram się informować Was na bieżąco o kolejnych wpisach.
Pozdrawiam!!
Na początku wypadałoby się przedstawić... Mam na imię Gabriela ( nie znoszę tego imienia ) i niebawem skończę 14 lat... Eh, trochę dużo.
Swoja przygodę z pisaniem zaczęłam wiele lat temu, lecz robiłam to tylko dla siebie. Od półtora roku dzielę się swoją pracą z innymi.
Moja największa pasją są książki. Lubie wszystkie gatunki, zaczynając na horrorze, a kończąc na romansie. Jednak największą radość sprawia mi czytanie fantastyki <3 Czytałam w życiu wiele książek. Niektóre były znakomite, inne mniej dobre. Ale żadna nie zniknęła z mojej głowy. Specjalne miejsce w moim sercu zajmuje troje wspaniałych autorów, którzy stworzyli coś pięknego; którzy nauczyli mnie wielu rzeczy; którzy sprawili, że wykształciłam swą wyobraźnie... Kocham ich.
*J. K. Rowling - "Harry Potter i..."
*J. R. R Tolkien - "Hobbit, czyli tam i z powrotem" oraz "Władca Pierścieni..."
*Rick Riordan - "Percy Jackson i bogowie olimpijscy..."
Ten blog będzie jednak w pełni poświęcony światu Harry'ego Pottera, światu, w którym wszystko jest możliwe.
Odwołując się do treści książki i bohaterów. Wiele osób pyta mnie kto jest moim ulubionym bohaterem. Harry? Ron? Hermiona, Draco, Luna? A może Neville? Cóż, nigdy nie jestem w stanie odpowiedzieć... Nie mam serca faworyzować bohaterów, bo jest mi przykro, że inni są przeze mnie w jakiś sposób odrzucani. Są za to bohaterowie, których nie lubię. Jak np. Dolores Umbridge, różowa landryna :) albo James Potter, "złośliwy, arogancki..." Ale to tylko moje zdanie.
Każdą śmierć bohatera przezywam godzinnym (lub dłuższym) płaczem. Zżywam się z postacią już po pierwszych kilku zdaniach z nią związanych.
Wracając do bloga, chciałam powiedzieć, że jeśli coś nie będzie Wam pasowało, np. długość tekstu, sama treść... Piszcie. jestem otwarta na propozycje i uwagi. Hejterzy mnie nie obchodzą.
Myślę, że na razie to wszystko :) Życzę miłego czytania... Postaram się informować Was na bieżąco o kolejnych wpisach.
Pozdrawiam!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)