poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział IV

Jest. Mam go. Miłego czytania!




IV
            - Thomas! – krzyknęła dziewczyna i rzuciła się do nieprzytomnego młodzieńca. Jego twarz była bledsza niż zwykle, lekko uchylone sine usta wydawały się bezgłośnie krzyczeć, a szare oczy przesłaniały ciężkie powieki. Mokre, ciemne włosy przyklejały się do jego czoła. Wyglądał niczym trup.
            Phyllis z przerażeniem patrzyła na jego bezwładne, smukłe ciało. Był ubrany w białą koszulę, ciemne spodnie i miał krawat w barwach Slytherinu. Prawą dłoń trzymał na sercu, lewa zaś, wykręcona pod nieludzkim kątem bezwładnie leżała, jakby odcięta przy głowie chłopaka. Krukonka nie miała pojęcia co robić. Była co najmniej spanikowana, ale wiedziała, że musi zacząć działać, bo jej bezczynność może przynieść tragiczne skutki. Wyjęła z kieszeni różdżkę i zaczęła grzebać w pamięci w poszukiwaniu jakiegoś zaklęcia, które mogłoby uleczyć Thomasa. Nic nie przychodziło jej do głowy. Była zbyt zdenerwowana, i panika brała górę. –Weź się w garść! – karciła się w myślach – Musisz przypomnieć sobie to zaklęcie! – krzyknęła teraz na głos. Echo rozniosło się po Komnacie. Cały czas nie odwracając wzroku od chłopaka zastanawiała się nad zaklęciem. W pewnym momencie pierś Thomasa przestała się poruszać. Szybko przyłożyła swą dłoń do jego serca. Nic nie poczuła.
            - Nie, proszę, nie rób tego! – mówiła przez łzy, które napływały do jej oczu. Wtedy przypomniała sobie mugolski sposób ratowania ludzi. Jej koleżanka, która ukończyła Hogwart rok temu nauczyła jej tego, w razie nagłego przypadku. Zrobiła wszystko wedle „instrukcji”. Ułożyła młodzieńca w odpowiedniej pozycji, uważając na rękę, zrobiła masaż serca. Teraz, nieco się wahając, przyłożyła swoje usta do jego i zaczęła wdmuchiwać w nie powietrze. Po kilku bezcelowych próbach, prawie pozbawiając dziewczyny nadziei Thomas zakasłał, zaczerpnął powietrza i jego pierś znów poczęła się lekko unosić. Phyllis odetchnęła z ulgą. Otarła pot z czoła i spojrzała na bladą twarz chłopaka. Wygładzone rysy jego twarzy teraz się zaostrzyły, ciemne brwi ściągnęły się w dół, a usta wykrzywiły się w grymasie bólu. Uchylił powieki, spod których wypłynęły łzy cierpienia. Dziewczyna nie wiedziała co robić. Cały czas powtarzała sobie, że musi znaleźć zaklęcie. – Na Merlina, jesteś w Ravenclaw’ie! Rusz ten pusty łeb! – i wtedy sobie przypomniała. Drżącymi rękami chwyciła różdżkę i, celując w ciało Ślizgona cicho powiedziała episkey. Jego ręka w mgnieniu oka się wyprostowała, ale ciało chłopaka wygięło się w łuk, twarz przepełnił wyraz udręki, a z jego sinych ust wydobył się przerażający ryk. Wydawało się, że krzyczał wieczność. W końcu zamilkł, zapewne mdlejąc z bólu. Phyllis zdecydowała się na inne zaklęcie. –Ferula – powiedziała, usłyszała chrupnięcie nastawiających się kości i ręka Thomasa była owinięta bandażem. Poczuła ulgę.
            Teraz, kiedy nie musiała martwic się tym, że chłopak cierpi postanowiła jakoś go stamtąd wyciągnąć. Od razu wiedziała co zrobi. Stres już minął, a więc i jej umysł się oczyścił. – Za chwile wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię stąd – powiedziała do Thomasa i szepnęła najpierw reducio, dzięki czemu chłopka nieco się zmniejszył, po czym z jej ust wydobyło się obiliarbus i ciało młodzieńca poszybowało w górę. Skierowała swe kroki w stronę wyjścia z Komnaty Tajemnic. Znów znalazła się na zimnym i śmierdzącym korytarzu, więc aby jak najszybciej się stamtąd wydostać szybko wbiegła po kościstych schodach, uważając, aby nie zranić Thomasa. Kiedy była już w łazience, nie rozglądając się krzyknęła : - Marto! Pójdź po pomoc! Natychmiast! – i wróciła Thomasowi jego normalne proporcje. Ułożyła go na ziemi i czekała.

***


Kiedy się ocknęła było ciemno. Przy łóżku stała niewielka lampka, ale ogień, który się w niej palił, już dawno zgasł. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Jak długo tu była? Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu. Próbowała dojrzeć wśród ciemności zarysy jakichś mebli, bądź przedmiotów charakterystycznych dla tego miejsca. I wtedy zrozumiała, że jest w skrzydle szpitalnym. Jednak to nie ona leżała na łóżku. Tylko Thomas. Ona siedziała na krzesełku obok niego i nieświadomie trzymała go za rękę. Chłopak miał nadal zamknięte oczy. Phyllis wzięła lampkę i zapaliła ją, aby lepiej przyjrzeć się chłopakowi. Thomas oddychał powoli, ale spokojnie, jego twarz nie była już „martwa”, ale nabrała swej naturalnej bladości. Ręka jeszcze niedawno marnie owinięta wyczarowanym bandażem leżała teraz wzdłuż jego smukłego ciała, cała i zdrowa. Dziewczyna postanowiła wrócić do dormitorium. Nie bardzo chciała zostawiać Thomasa, ale jej ciało mogło dłużej nie wytrzymać siedzenia na krzesełku. Podniosła się i puściła dłoń chłopaka.
            - Zostań ze mną – usłyszała.
            Obróciła się i zobaczyła jego szare oczy. Uśmiechnęła się do niego.
            - Dobrze – odpowiedziała i wróciła na niewygodne krzesełko. Siadając wykrzywiła się w bólu. Chłopak spostrzegłszy to bez słowa wskazał ręką na swoje łóżko. Phyllis usiadła obok niego. Nie wzięła go za rękę. Był teraz przytomny i nie była pewna, czy odbierze to w dobry sposób. Siedzieli tak w ciszy parę minut. Nagle poczuła ciepło jego dłoni na swojej. Spojrzeli na siebie. Uczucie, które przepełniało ich oboje w tamtej chwili było wspaniałe. Jednak każde z nich miało tę samą wątpliwość. Za krótko się znają. To raczej się nie uda.
            - Dziękuję, że mnie uratowałaś… - szepnął, cały czas patrząc na Phyls. Na jej policzkach pojawiły się soczyście czerwone rumieńce. Pochyliła głowę, w nadziei, że umknęło to uwadze chłopaka.
            - Drobiazg – odparła krótko. – Myślę, że ty też byś mnie uratował, gdyby było trzeba- usłyszała drżenie we własnym głosie.
- Ale ty wcale nie musiałaś tego robić. A jednak się naraziłaś. Dla osoby, z którą rozmawiałaś raz w życiu – ścisnął mocniej jej dłoń.
Znów nastała niezręczna cisza, której żadne z nich nie potrafiło przerwać. Lampa już dogasała i w pomieszczeniu powoli zapadał zmrok. Thomas nadal trzymał dziewczynę za rękę. W pewnym momencie ją puścił, powoli usiadł i spojrzał w jej intensywnie zielone oczy. Ona nieśmiało skierowała swój wzrok na chłopaka. Czuła, że rumieńce nie schodzą z jej bladych policzków.
- Nie znam cię za dobrze… prawie wcale. Ale czuję, że mógłbym powierzyć ci wszystkie moje tajemnice, że wysłuchałabyś mnie nie zależnie od tego, co strasznego miałbym ci do powiedzenia. – ujął jej podbródek – Czuję, że mógłbym ci zaufać. Chciałbym ci zaufać – z każdym jego słowem ich twarze nieznacznie zbliżały się do siebie.
- Ja też tego chcę – szepnęła. Jego gorące usta złożyły nieśmiały pocałunek na jej drżących wargach. Z początku lekki, teraz zamienił się w namiętny i gorący; żar ich warg niemalże parzył. Oboje trwali tak przez długą chwilę. Nagle Phyllis poczuła mocne i gwałtowne odepchnięcie, a później ostry, palący ból i chłód podłogi. To co właśnie się stało przed kilka minut nie mogło do niej dotrzeć. Thomas, który jeszcze przed chwilą całował ją z takim uczuciem teraz siedział z wściekłością na twarzy i, uśmiechając się szyderczo patrzył na leżącą na podłodze dziewczynę. Jego dłoń cały czas była zaciśnięta w pięść, którą tak nieoczekiwanie uderzył Phyls. Oszołomiona Krukonka podniosła się powoli i wolnym krokiem podeszła do łóżka chłopaka.
- Odejdź! – ryknął.
- Dlaczego? Co takiego zrobiłam? – rozpaczliwie zapytała dziewczyna. Nie odpowiedział. Wolała nie narażać jego zachwianej cierpliwości na próbę. Skierowała się do wyjścia. Kiedy już przekraczała próg spojrzała na chłopaka, który nadal mierzył ja wściekłym wzrokiem. Wyszła. Płomień w lampce zgasł.

***
            Wydarzenia z ostatniego dnia nadal zaskakiwały Phyllis. Nie mogła zrozumieć nagłej zmiany nastroju Thomasa. Przestraszyła się go. Jednak mimo tego postanowiła udać się do skrzydła szpitalnego i z nim porozmawiać. Chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, dlaczego wyrządził jej krzywdę.
            Po ostatnich eliksirach z profesorem Slughorn’em poszła do chłopaka. Kiedy wchodziła, pani Pomfrey krzątała się po pomieszczeniu, poszukując czegoś na obfite wymioty chłopca z drugiego roku. Phyllis minęła jego łóżko z daleka. Na końcu skrzydła leżał Thomas. Miał nieobecny wzrok, patrzył w ścianę. Zbliżyła się do niego na bezpieczną odległość. Spojrzała prosto na niego i założyła za ucho długi kosmyk swych brązowych włosów.
            - Cześć – powiedziała. Nie usłyszała odpowiedzi. – Przyszłam, aby dowiedzieć się dlaczego to zrobiłeś… Dlaczego wczoraj mnie uderzyłeś..? – znów cisza. Dziewczyna westchnęła. – Spójrz na mnie Thomas – wtedy chłopak niechętnie odwrócił głowę w jej stronę. Miał zaczerwienione i zapuchnięte oczy, trzęsły mu się dłonie, a po jego policzkach spływały coraz to świeże łzy. Na jego widok serce dziewczyny niemalże pękło. Jakby zapomniała o wczorajszych wydarzeniach podeszła bliżej i usiadła na jego łóżku, łapiąc go za rękę.
            - Przepraszam – wyszeptał drżącym głosem. 
            - Chcę wiedzieć dlaczego – odpowiedziała.
            - Chciałbym ci powiedzieć… ale nie mogę… - jego ciałem targały dreszcze. – To zbyt bolesne… On… on mnie zabije…
            - Kto? – spytała zatroskanym głosem dziewczyna.
            - Nie! – krzyknął nagle rozwścieczonym głosem. – Nie! – ręka chłopaka podniosła się, ale jakby z oporem. Zamiast, jak spodziewała się Phyls, uderzyć w nią, chłopak skierował cios na swoją twarz. Zaskoczona dziewczyna chciała to przerwać, bo z ust Thomasa właśnie zaczęła płynąc krew. Wyglądało, jakby toczył wewnętrzną walkę. Jego szare oczy raz po raz zmieniały wyraz z zrozpaczonego na zimny, pełen nienawiści i wściekłości.  Krukonka rozejrzała się po pomieszczeniu, ale pani Pomfrey nie było. Chłopiec z Huffelpuffu spał, zapewne odurzony silnymi lekami.  Złapała za uderzająca rękę Thomasa. Wtedy przestał. Jego przed chwilą rozchwiany wzrok zwrócił się na nią pełen smutku i… bólu.  Wewnętrznego bólu.
            - Thomas, co się z tobą dzieje? – zapytała przerażona dziewczyna. 
            - Phyllis… idź. Nie przejmuj się mną – odparł wyczerpany chłopak. - Nie chcę, aby znów coś ci się przeze mnie stało – mówił Ślizgon.
Ciekawość dotycząca stanu chłopaka przewyższała wszystko. Coś ewidentnie było z nim nie tak. Chciała się dowiedzieć co zakłóca spokój Thomasa.
            - Niedługo do ciebie wrócę – powiedziała i wyszła ze skrzydła szpitalnego.
            - Proszę, nie wracaj. To zbyt…  - przerwał. – Niech wróci. Podoba mi się jej zawzięty charakter – szepnął jakby innym głosem.

***
            - Hej, Marto! – krzyknęła dziewczyna. – Jesteś tu?
            - Co za pytanie. Zawsze tu jestem – odparł piskliwy głos dochodzący z kabiny.  – Czego chcesz?
            - To ja, Phyllis – powiedziała, a z kabiny nagle wyleciał duch dziewczyny, która uśmiechnęła się do Phyls, poprawiła okulary i oparła się o ścianę.
            - Witaj. Dawno cię tu nie było.
            - Tak… Wiem, przepraszam. Ale teraz jestem i chciałabym z tobą porozmawiać. Zadać ci kilka pytań.
            - Z przyjemnością – odparła Marta z niespotykaną radością. Phyllis usiadła na zimnej podłodze, z dala od umywalki, otwierającej Komnatę Tajemnic, z której nawet gdy była zamknięta, wydobywał się smród.
            - Co wiesz o Lordzie Voldemorcie? – zapytała nagle Krukonka.
            - Dlaczego o niego pytasz? Po co chcesz o nim rozmawiać? Przecież już go nie ma. Harry Potter go zniszczył – wypowiadając jego nazwisko Marta rozmarzyła się nieco.
            - Marto! Potrzebuję cię! – krzyknęła zniecierpliwiona Phyllis.
            - Niewiele o nim wiem. Chodził kiedyś do Hogwartu, wtedy kiedy ja. Tylko wtedy podawał się jako Tom Riddle. To on jako pierwszy otworzył Komnatę.
            - Pamiętasz, jak wyglądał? – zapytała.
            - Pewnie, jego nie da się zapomnieć – westchnęła Marta. – Jako obywatel Slytherinu był zawsze schludnie ubrany, wszystko co nosił było czyste i piękne. Zwykle ubierał białą koszulę i ciemne spodnie, czasem zarzucał na to pulowerek i krawat. Miał ciemne włosy, zimne, szare oczu i bladą cerę. Chłopak, którego ratowałaś jest do niego bardzo podobny.
            Phyllis wybiegła z łazienki bez słowa. Od razu pobiegła w miejsce, gdzie przesiadywała gdy miała problem. Wieża Astronomiczna nie była często odwiedzana, a ona czuła się tam dobrze. Usiadła na schodkach i zaczęła się zastanawiać. Co miały znaczyć te wszystkie zmiany nastroju Thomasa? Dlaczego miał co do niej tak różne zdanie? Czy czuł do niej to, co ona zaczynała do niego? I wreszcie, dlaczego wydaje jej się, że ma on coś wspólnego z Voldemortem, którego nawiasem mówiąc, nie powinna brać pod uwagę. Powinna wyjaśnić to jak najszybciej, jednak obawiała się o Thomasa. To wszystko było dziwne.
            Siedziała tam aż do zachodu słońca. W końcu poczuła głód i postanowiła pójść do Wielkiej Sali na kolacje. Szła powoli, nadal rozmyślając nad wydarzeniami sprzed ostatnich dni. Nie dość, że wszystko było dziwne, to jeszcze zadziało się tak nagle i nieoczekiwanie.  Znalazła się przed Wielką Salą. Stała kilka minut, wpatrując się w pełne jedzenia stoły. Ruszyła z miejsca, jednak minęła miejsce, do którego zmierzała i udała się w stronę szpitala. Nie mogła zwlekać. Już postanowiła. Wbiegła do Skrzydła Szpitalnego i w mgnieniu oka znalazła się przy łóżku Ślizgona.
            - Musimy porozmawiać – rzuciła.
            - Tak, pewnie. O co chodzi? – zapytał Thomas, uśmiechając się lekko. Sińce na jego twarzy były fioletowe. Nie było jednak śladu po rozcięciu na wardze.
            - Czy masz coś wspólnego z Voldemortem?
            Chłopak wydawał się zaskoczony pytanie. Jego twarz zrobiła się jeszcze bledsza, a oczy zaszły mgłą. Znów zatrzęsły mu się dłonie. Spuścił wzrok i odwrócił głowę.
            - Skąd to pytanie?
            - Po prostu na nie odpowiedz, Thomas. Nie okłamuj mnie, proszę – mówiła, ale chłopak nadal milczał. – Dobra słuchaj. Lubię cię, okej? Chciałabym poznać cię lepiej, wiedzieć na przykład co robiłeś w Komnacie Tajemnic, jak ci się udało tam wejść, dlaczego tak dziwnie się zachowujesz?
            - Co masz konkretnie na myśli? – odezwał się w końcu.
            - Hmm… no nie wiem, może to, że najpierw mnie całujesz, mówisz jak bardzo chciałbyś mi ufać, a później co? Uderzasz mnie, jakbym była wściekłym hipogryfem! Pragnę wyjaśnienia. To nie jest miłe, uwierz m! – dziewczyna coraz bardziej krzyczała. Była wściekła, cóż więcej powiedzieć. Ale postanowiła, że już nic nie powie. Będzie czekać, aż Thomas wyzna jej prawdę, da odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jednak z minuty na minutę cisza, panująca w skrzydle stawała się coraz głębsza. Zegar wiszący na ścianie tykał denerwująco, dając do zrozumienia, że czas się nie zatrzymał, że mijają kolejne minuty milczenia.
            - Nie powiedziałem ci prawdy – odezwał się głos. To Thomas. – Kiedy się spotkaliśmy, w pociągu, pamiętasz? – Phyllis kiwnęła głową, wpatrzona w chłopaka. – Przedstawiłem się jako Thomas Eddril. Mówiłem, że nie mam rodziców, że moja matka zmarła, bo zabił ją ojciec. Cóż, to z zabójstwem to akurat prawda. Aidan powiedział mi o tym kiedy miałem dziesięć lat. Sądził, że byłem dojrzałym dzieckiem.
            - O czym ci powiedział? – zapytała  cicho Krukonka. Thomas spuścił głowę i zaplótł ręce na szyi. Westchnął cicho i przeczesał włosy dłonią. Spojrzał na Phyllis. W jego oczach rysował się strach.
            - Nazywam się Thomas Riddle. Jestem synem Toma Marvola Riddle, znanego jako Lorda Voldemorta.


Wybaczcie

Chciałam Was przeprosić za tak długą nieobecność. Nie odzywałam się słowem od ostatniego posta, który, Boże obroń, zamieściłam w lutym. Prace nad kolejnym rozdziałem trwają... Muszę przyznać, że mozolnie.
Wybaczycie..?


Z OSTATNIEJ CHWILI!
Za mniej więcej godzinę ukarze się nowy rozdział. Mam nadzieję, że Was zadowoli i wybaczycie mi moje zachowanie.